Każda istota ma jakieś wady i słabości, wynikające z osobistych uwarunkowań. Jednocześnie posiadamy wszyscy pewną doskonałą, wrodzoną właściwość – naturę buddy. Aby mogła się ona przejawić, musimy jedynie usunąć zasłony z naszego umysłu. Rzeczywistość, której teraz doświadczamy, nieuchronnie przynosi cierpienie. Musimy stać się świadomi naszej sytuacji – dopiero wtedy będziemy potrafili użyć odpowiedniego antidotum przeciwko swoim słabościom.
Przede wszystkim musimy sobie uświadomić kim i jacy naprawdę jesteśmy. Tylko wtedy osiągniemy sukces – odnajdziemy drogę do rozpoznania naszej prawdziwej natury, która nie jest ani powierzchowna ani pełna emocji. Dlatego powinniśmy podjąć następujące działania:

  1. Rozpoznać własną sytuację.
  2. Zmienić swoje zachowanie tak, żeby zmniejszyć cierpienie.
  3. Oczyścić umysł i tym samym pogłębić świadomość jego prawdziwej natury.

Niezależnie od tego, czy znajdujemy się na drodze duchowego rozwoju, czy też nie, wciąż mamy własne życie do przeżycia. I chociaż sytuacje zewnętrzne być może pozostaną takie same, możemy zacząć zmieniać sposób reagowania na nie. Ponieważ nasze umysły znajdują się obecnie pod bardzo dużym wpływem siły nawyku, każda próba natychmiastowej zmiany wewnętrznych, ograniczających tendencji, prawdopodobnie szybko zawiedzie. Postęp może nastąpić wyłącznie stopniowo, małymi krokami. Jeżeli będziemy pracować nad przekształceniem obecnych nawyków, z czasem nasze rozumienie zjawisk rzeczywiście się pogłębi. Wielkie zmiany mają miejsce bardzo rzadko, drobne natomiast wydarzają się z dnia na dzień, co często umyka naszej uwadze. Byśmy mogli odnieść sukces, musimy się zatem zdobyć na cierpliwość i wytrwałość.

Nasze umysły pokryte są obecnie wieloma zasłonami. Codziennie podsycamy własne stresy i frustracje. Powinniśmy się starać zmniejszyć napięcie we wszystkich aspektach naszego życia. Każdy z nas jest inny, dlatego rezultaty praktyki będą w przypadku każdego z nas odmienne. Zmierzamy do osiągnięcia oświecenia albo oświeconej postawy. Jeśli przyjrzymy się wielkim bodhisattwom, którzy dawniej osiągnęli niemal doskonałą oświeconą postawę, może się nam to wydać prawie nieosiągalne, zbyt dalekie od naszej obecnej sytuacji. Niemniej jednak mamy te same możliwości – by je w sobie przebudzić, musimy w którymś momencie zrobić pierwszy krok. Teraz.
Oświecona postawa jest całkowitą otwartością na to, co nie jest naszym ego. Powinniśmy na wewnętrznym poziomie zaakceptować wszystko, co się wydarza, niezależnie od tego, czy nam to odpowiada, czy też nie. Taka otwartość w naturalny sposób zredukuje stres i pogłębi nasze zrozumienie. To z kolei sprawi, że umysł stanie się przejrzysty, a dzięki temu pogłębi się nasz wgląd. Proces ten będzie postępował dalej.
W rozwijaniu oświeconej postawy powinien nam towarzyszyć spokój umysłu. W tej chwili ciągle pielęgnujemy nadzieje i obawy, na skutek czego nasze działania są splamione. Z jednej strony boimy się niepowodzeń, natomiast z drugiej mamy określone pragnienia. Myślimy np. : „Muszę osiągnąć sukces” albo „Nie mogę zawieść”.

Wszystko zabarwiamy oczekiwaniami, nadziejami. To nam przesłania prawdziwy stan rzeczy i psuje naszą wizję świata. W konsekwencji gubimy się w nieustannym usiłowaniu – chociaż próbujemy zrozumieć świat i właściwie przystosować się do życia, ciągle nam się to nie udaje. Spokój umysłu to widzenie rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Najpierw powinniśmy jasno zobaczyć, co się dzieje, a dopiero potem dostosować do wydarzeń własne działania, bez poddawania się emocjom. Do osiągnięcia takiej umysłowej równowagi niezbędne jest ćwiczenie umysłu w rozwijaniu dobrych nawyków. Niezależnie od tego, czy widzimy rzeczy jako dobre czy też jako złe, pomocne albo irytujące, powinniśmy poświęcić pewien czas na zbadanie każdej sytuacji i zrozumienie, jaka jest naprawdę. Oświecona postawa, trening umysłu – jego zrównoważenie i przejrzystość – są ze sobą wzajemnie powiązane. Postępy w rozwoju każdego z tych elementów będą korzystnie oddziaływać na pozostałe.

Działania podejmujemy zazwyczaj w odpowiedzi na własne potrzeby – gdy jest inaczej, efekty tego co robimy nie są najczęściej trwałe ani skuteczne. Podobnie, aby położyć kres cierpieniu, powinniśmy wzbudzić w sobie pilną potrzebę pozbycia się go. Cierpienie pojawia się w relacjach z innymi, z naszym otoczeniem. Na przykład w pracy ludzie często zupełnie niepotrzebnie stwarzają różne nieprzyjemne sytuacje. Można to zmienić. Jednym ze sposobów jest obserwowanie naszych związków z innymi. Kiedy powstaje konflikt, powinniśmy widzieć go w następujący sposób:

  • „Trucizną jest tu moje zaabsorbowanie sobą. „
  • „Cały konflikt powstał dlatego, że oni nie działają zgodnie z moimi oczekiwaniami. „
  • „Czy rzeczywiście mój sposób widzenia jest właściwy, czy też nie? „.

Przyczyną trudności jest zwykle nasza odruchowa niechęć do brania pod uwagę innych. Dlatego w relacjach z nimi powinniśmy ich właśnie stawiać na pierwszym miejscu, nie zaś uważać za przeszkody. Powinniśmy uznać, że oni również mają pewne dążenia, takie same jak my, chociaż być może posiadają inne poglądy. Zrozumienie ich sprawi, że nasze wzajemne relacje staną się łatwiejsze, bardziej otwarte i mniej konfliktowe. Powodem niewłaściwego funkcjonowania jest przeważnie niewłaściwe nastawienie. Natomiast zainteresowanie dobrem innych, zamiast własnym, zmienia wszystko na lepsze.

Kiedy nie widzimy rezultatów naszych starań, natychmiast doszukujemy się w nich błędu. Tymczasem często właśnie ta postawa jest błędem – być może po prostu nasze oczekiwania były zbyt wielkie.

Czasem, zanim zaczniemy naprawdę działać, czekamy na nadejście idealnej sytuacji i w rezultacie nigdy nie ruszamy z miejsca. Chociaż podjęliśmy już decyzję uczynienia czegoś właściwego, w praktyce nic się nie dzieje, ponieważ brakuje nam konsekwencji. By to zmienić, powinniśmy przyjrzeć się zwykłej, codziennej trudnej sytuacji i spróbować określić, co się właściwie wydarzyło. Najpierw postarajmy się rozpoznać własne reakcje na daną sytuację. Może się okazać, że często działamy na zasadzie: „Nie lubię tego! ” albo „Taki już jestem”, nigdy natomiast nie zadajemy sobie pytania „Dlaczego taki jestem? ” albo „Dlaczego zawsze mówię, że czegoś nie lubię? ” itd. Tymczasem to właśnie taki sposób myślenia prowadzi do powstawania awersji – nasze niechęci tworzymy sami. Często przenosimy te uprzedzenia na wszystkie relacje z ludźmi. Zapytajmy samych siebie, dlaczego tak jest. To może być punkt zwrotny, od którego rozpoczną się wielkie zmiany w naszym życiu. Metoda ta nie działa jednak sama przez się – sposobności do jej zastosowania dostarczają nam dopiero inni.

Kluczem do otwartości jest zadowolenie. Tymczasem naturalną cechą każdego z nas jest zachłanność. Myślimy: „Rzeczy muszą się wydarzać tak, jak sobie tego życzę! „. Takie podejście wzmacnia frustracje i w konsekwencji doświadczamy braku satysfakcji. Bądźmy realistami, rozsądnymi i skutecznymi w dążeniu do celu. Oświecona postawa to również branie pod uwagę punktu widzenia innych. Ta zasada zawsze powinna znajdować się w centrum naszego zainteresowania. Większość sytuacji jest płynna, toteż i my powinniśmy być elastyczni. Nie jesteśmy komputerami, a zysk i wydajność nie powinny być naszym jedynym zmartwieniem. Powinniśmy działać w sposób pełen życzliwości, nawet jeżeli nie jest to jeszcze na razie w pełni spontaniczne. Bycie miłym wobec ludzi, których lubimy, to żadna sztuka – chodzi o to, żeby ta zdolność objęła wszystkich, wszystkie istoty. Bądźmy też uważni i wytrwali – w przeciwnym razie zrezygnujemy po kilku próbach. Naturalna życzliwość nie trwa zwykle długo, powinniśmy ją umacniać i rozwijać. Prawo przyczyny i skutku działa bez jakichkolwiek wyjątków, a życzliwość prowadzi do lepszych rozwiązań wszelkich konfliktów. W obliczu awersji należy zawsze wywoływać w sobie życzliwość. Nazbyt intelektualne zrozumienie nauk jest niebezpieczne. Spokoju umysłu nie da się zmierzyć tak jak tętna. Skutki pozytywnych działań są niewątpliwe, chociaż nie zawsze widoczne na pierwszy rzut oka.

Życzliwość zawsze prowadzi do pozytywnych stanów umysłu. Jednym z nich jest poczucie wdzięczności. Na przykład, jeśli kupiliśmy w sklepie ryż i potem w domu gotujemy go na kolację, pomyślmy przez chwilę o ludziach, którzy go wyhodowali, pomyślmy z uznaniem o ich wysiłku. W ten sposób nasza życzliwość będzie wzrastać, a to właśnie dzięki niej wykuwamy wgląd. Za każdym razem, kiedy uświadomimy sobie ten mechanizm, poczujemy się lepiej.

Przeciwieństwem życzliwości jest napięcie – w tkwiącym w ułudzie umyśle powstaje ono automatycznie. Powinniśmy sprzeciwiać się tej tendencji, być świadomi własnych myśli i badać, czy mają one jakiś sens. Im bardziej jesteśmy skupieni i osadzeni we własnym centrum, tym głębsze będzie nasze zrozumienie. Zawsze analizujcie znaczenie własnych działań. Bądźcie ich świadomi i rozwijajcie w ten sposób potencjał umysłu.

Zazwyczaj wydaje nam się, że skoro raz coś usłyszeliśmy, to już to rozumiemy. Podobny stosunek mamy do ludzi – widzimy ich i wydaje nam się, że już ich poznaliśmy. Tymczasem nie zawsze jest to takie proste. Bądźmy otwarci. Zawsze lepiej jest wziąć poprawkę na inne możliwości, niż się na nie zamykać lub zbyt kurczowo trzymać się własnych poglądów.

W rozwoju naszego potencjału bardzo pomocna jest formalna medytacja. Jej celem jest pogłębienie przejrzystości umysłu. Umysł sam w sobie posiada zdolność dotarcia do swej pierwotnej jasności. Medytacja niczego tutaj nie dodaje, ani nie zmienia – usuwa jedynie zasłony, które utrudniają umysłowi dostrzeżenie własnej prawdziwej natury. Rozproszony umysł nie potrafi się skupić, lecz błądzi lub podąża za łańcuchami najróżniejszych skojarzeń i poglądów. Dzięki medytacji możemy pomóc mu powrócić do Tu i Teraz. Medytacja nie jest robieniem czegoś. To przebywanie w przytomności umysłu – spoczywaniu temu towarzyszy spokój. Cokolwiek się wydarza, wewnątrz lub na zewnątrz, nie zatrzymujemy tego, ani nie odpychamy. Ponieważ nie ma to żadnego znaczenia, po prostu puszczamy to. Nastawienie umysłu podczas medytacji powinno być wolne od oczekiwań i koncepcji, od pragnienia, żeby coś się wydarzyło. Wtedy będzie ona skuteczna.

Często trzymamy się pewnych ustalonych poglądów na naturę umysłu, albo medytację – mamy na ten temat sporo błędnych koncepcji. Na przykład myślimy: „Umysł jest pusty” albo „Muszę powstrzymać myśli i uczucia. ” Jesteśmy przeświadczeni, że koniecznie musimy coś zrobić, ale to jest w rzeczywistości przeciwieństwem medytacji. Na przykład kiedy podczas medytacji nie bardzo wiemy jak medytować, po kilku sekundach zaczynamy się rozglądać dookoła i pytamy samych siebie: „Czy ja aby na pewno dobrze medytuję? Czy w tym pokoju jest dostatecznie cicho? Kiedy wreszcie skończą się te hałasy? ”

Tymczasem prawdziwą przeszkodą są właśnie owe obawy i oczekiwania. Powinniśmy się rozluźnić. Cokolwiek się wydarza, puśćcie to. Tak naprawdę nie istnieje „dobra” albo „zła” medytacja. Nie przejmujcie się w ogóle tym, czy zajmujecie się kontemplowaniem czegoś, czy też nie. Bądźcie po prostu świadomi własnego funkcjonowania. Po prostu bądźcie – niczego nie róbcie ani nie dodawajcie. Medytacja jest jak każde inne działanie – najpierw potrzebna jest teoria, a potem następuje jej zastosowanie w praktyce. W rzeczywistości jest ona przejrzystym stanem pozbawionym oczekiwań.

Mamy skłonność do oceniania wszystkiego, co zrobiliśmy w przeszłości i odrzucania tych działań, które uznaliśmy za negatywne. Tymczasem skuteczniejsze byłoby spojrzenie na dane doświadczenie pod kątem tego, jakie korzyści przyniosło. Powinniśmy postrzegać to, co przeżywamy nie jako Źródło konfliktu z samym sobą, lecz jako sposobność lepszego zrozumienia siebie.

Wszystkie „złe” medytacje są w rzeczywistości „dobrym” wsparciem dla lepszego spoczywania w umyśle. Warunkiem takiego osadzenia jest nie stwarzanie, nie produkowanie niczego. Świadomość jest po prostu przytomna i otwarta na cały wachlarz zjawisk. Nawet samo sprawdzanie, czy rzeczywiście nie ma w tym żadnego stwarzania, jest już właśnie stwarzaniem. Naturalnie medytacja nie jest stanem, który można opisać w zwykły sposób, ponieważ słowa i określenia nie są „tym” stanem – spoczywaniem w tym, co się wydarza.

Dobrą techniką jest pozostawienie ciała i umysłu w uspokojeniu. Tak jak w przypadku wzburzonej wody – kiedy ją zostawimy w spokoju, wszystkie zanieczyszczenia opadną na dno i stanie się znowu przejrzysta. Zredukujcie stwarzanie myśli – puśćcie je wolno i przebywajcie w chwili. Nie usiłujcie czegokolwiek robić. Tak jak w przykładzie z wodą – jeśli staramy się coś z niej usunąć, zmącimy ją i straci przejrzystość. Dlatego nie ingerujmy. Ten stan spokoju i przytomności jest doskonałą obecnością – by to lepiej zrozumieć, możemy się posłużyć przykładem magnetofonu, który nagrywa wszystko, bez selekcjonowania i oceniania. Nie chodzi bynajmniej o zakrywanie oczu, czy zatykanie uszu. Jeśli na przykład podczas medytacji zmieni się światło i pomyślimy: „Chmurzy się coraz bardziej, może zacząć padać” – to w tym komentarzu nie ma już medytacji. Jeżeli słyszymy rozmowy i zastanawiamy się: „Co też oni mówią? „, wtedy również nie medytujemy. W takim przypadku powinniśmy powrócić do medytacji i nie podążać za myślami. Patrzmy na podobne zjawiska po prostu jak na przedstawienie.

Dogodne warunki do medytacji to spokojne miejsce, w którym nie słychać na przykład muzyki, natomiast kompletna cisza nie jest niezbędna przez cały czas. Stopniowo nauczycie się integrować ze swoją medytacją wszystkie zewnętrzne wydarzenia, takie jak rozmowy innych itd. Wszystkie te zjawiska po prostu są takie, jakie są – ani dobre, ani złe. Na początku będziecie wciąż na nowo wpadać w pułapkę niezbyt głębokiego osadzenia w koncentracji. Jednak jedyną prawdziwą przeszkodą w medytacji jest reagowanie na myśli i ocenianie ich jako dobrych lub złych. Stopniowo integrujcie z medytacją wszystko, co się wydarza podczas sesji medytacyjnej. Jeśli będziecie czasami rozproszeni i uświadomicie to sobie, rozproszenie odejdzie. Częstą przeszkodą jest praktykowanie medytacji dla osiągnięcia postępu czy określonego rezultatu. Mamy skłonność do sprawdzania, czy coś jest dobre, czy złe, lepsze czy gorsze. To są jedyne prawdziwe przeszkody w medytacji. Nawet jeśli wasza medytacja była spokojna, a potem oceniliście ją jako dobrą, oznacza to, że wcześniejsza sesja nie była taka dobra, albo następna nie będzie.

Tak naprawdę ważna jest zdolność rozpoznawania – kiedy widzicie coś nieprawidłowego, oznacza to również, że jesteście w stanie to zobaczyć. Dostrzeganie tego oznacza, że zdolność rozpoznawania jest obecna. Sama świadomość, że tak jest, redukuje napięcie. Wówczas cokolwiek się wydarza, jest dobre, ponieważ potwierdza, że umysł jest obecny i przytomny.

Medytacja i życie codzienne nie są tym samym. To, co się wydarza podczas sesji medytacyjnej, nie ma znaczenia samo. Powinniśmy przenieść ten trening osadzenia w umyśle na codzienne życie. Jeśli staramy się być zawsze obecni w Tu i Teraz, stopniowo wytworzymy nawyk przyjmowania z otwartością każdej życiowej sytuacji.

Jak uspokajamy umysł? Jak wytyczamy mu „nowe szlaki” i budujemy w nim pożyteczne nawyki? Czynimy to poprzez świadomy trening. Na początku wyznaczcie sobie na medytację pewien czas, nawet tylko kilka minut – praktykujcie dopóki jest to przyjemne i wolne od napięcia. Chodzi o to, żeby poczuć rozluźnienie i wygodę – luksus „nie robienia niczego”. Jeżeli pojawia się niepokój i całe doświadczenie przestaje być przyjemne, zakończcie sesję. Jednocześnie medytacja wcale nie powinna się na tym kończyć. Kontynuujcie ją w codziennym życiu, tak jak to opisałem wcześniej. Odważnie i głęboko wchodźcie w różne życiowe sytuacje, zbliżcie się do innych ludzi, bądźcie bardziej otwarci i rozwijajcie własne zrozumienie. Jeśli utrzymujecie oświeconą postawę tylko w teorii i nie będziecie stosować jej w życiu, nie przyniesie to rezultatów.
W każdym momencie powinniśmy przypominać sobie jasno, że naszym ostatecznym celem jest osiągnięcie stanu buddy. Zanim osiągniemy ten cel, musimy usunąć wszystkie splamienia umysłu. To jak żyjemy i jak doświadczamy naszego życia obecnie, jest bardzo ważne i pomoże nam w osiągnięciu celu. Przyjrzyjcie się wszystkim wydarzeniom jakiegoś dowolnie wybranego dnia. Zauważycie, że niektóre łatwo jest sobie przypomnieć, a inne bardzo trudno. Oznacza to, że w ciągu dnia nasz umysł był przytomny i obecny tylko czasami – pomiędzy tymi chwilami byliście zupełnie nieobecni. Uważna obserwacja może nam uzmysłowić, że bardzo często jesteśmy rozproszeni – błądzimy myślami w przeszłości albo w przyszłości, nie potrafimy rzeczywiście spoczywać w teraźniejszym momencie. W takich chwilach na scenę wkraczają emocje. Jeżeli pracujemy z umysłem, staje się on przytomny zarówno w medytacji, jak też w codziennym życiu. Im bardziej jesteśmy obecni w Tu i Teraz, tym mniej cierpimy. Ta przytomność będzie się w nas stopniowo umacniała. Proces ten oczywiście zabiera dużo czasu, ale również nasze zewnętrzne warunki będą się jednocześnie zmieniać na lepsze – postęp będzie widoczny wszędzie.

Medytować można zawsze, jednak niektóre okresy dnia uważane są za korzystniejsze dla praktyki, a inne za mniej sprzyjające. Bardzo dobry jest wczesny ranek. Zaczynamy dzień bez natłoku myśli, jest to również stan wolny od tendencji do ponownego popadnięcia w senność. Umysł jest wtedy bardziej przejrzysty i świadomy, niż w innej porze dnia. Rano powinniśmy przyjąć Schronienie i wzbudzić w sobie oświeconą postawę. Następnie podczas dnia rzeczywiście podejmujemy prawdziwe wysiłki przynoszenia pożytku każdemu, kogo spotkamy. Wówczas powoli i sukcesywnie, dzień po dniu, nasze życie będzie się stawało coraz lepsze.

Kończymy dzień w podobny sposób – ofiarowujemy nasze dobre działania wszystkim istotom, życząc im jednocześnie osiągnięcia oświecenia. Przed samym zaśnięciem powinniśmy znów przywołać ten stan umysłu. Należy go wzmacniać w każdym momencie, najważniejsze jest jednak to, żebyśmy zaczynali od niego i kończyli nim każdy dzień.

Istnieje pewna pospolita trudność, którą trudno jest przezwyciężyć – jest nią myślenie: „Nie mam czasu”. Tymczasem wystarczy kilka minut rano i wieczorem. Istotne jest jak „nastroimy” umysł. Naprawdę to wszystko jest bardzo relatywne. Przyjrzyjmy się, ile czasu codziennie marnujemy. Wieczorem zastanówmy się, co tak naprawdę zdołaliśmy w ciągu dnia zrobić. Jeżeli bez trudu przypominamy sobie nasze działania i inne wydarzenia, oznacza to, że nasz umysł był obecny i przytomny – należy to uznać za dobry znak. Oczywiście każdemu może się zdarzyć gorszy dzień – to normalne.

Starajcie się sprawdzać samych siebie i dążyć do osiągnięcia pewnej równowagi. Spróbujcie osiągnąć zrozumienie i dzięki niemu widzieć przejrzyście. Ogólnie mówiąc, negatywne działania przypominają odpadki porzucone w piwnicy – jeżeli o nich zapomnicie, po pewnym czasie zaczną śmierdzieć. Rozsądnie jest przyjrzeć się sobie każdego wieczora i następny dzień zacząć od pewnych zmian. W przeciwnym razie w każde nowe jutro wnosimy wczorajsze śmieci.